80. Connie Brockway - Sezon na panny młode 2 - Kaprys panny młodej, Romans Historyczny - Love&Story

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 

 

 

Evelyn, brzydkie kaczątko rodu Whyte'ów, zamierza udowodnić swoją wartość talentem do interesów. Staje na czele rodzinnej firmy organizującej wesela. Kiedy jednak kolejne przyjęcia kończą się fiaskiem, musi zdać się na przystojnego lorda, choć to niepoprawny rozpustnik i bohater niejednego skandalu. Lecz tajemnica, jaką on skrywa, przysporzy obojgu zupełnie nieprawdopodobnych kłopotów...

 

Dla mojej córki Rachel.

Jesteś cudowna!

Mama

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

Chelsea, Anglia Ostatnie ćwierćwiecze panowania królowej Wiktorii

 

Młodziutkiej Evelyn Cummings Whyte głośno zaburczało w brzuchu. Zerknęła niespokojnie na drugą stronę łóżka; jej siostra była - na szczęście - pogrążona w błogim śnie. Gdyby jednak żołądek nadal wyprawiał harce, trzeba go jakoś uciszyć, zanim jego pomruki obudzą Verity. Złożyło się tak niefortunnie, że musiały dzielić z siostrą pokój, ale gości zaproszonych przez rodziców na półoficjalny debiut towarzyski Verity było więcej niż sypialń w ich rezydencji. Należało jednak za wszelką cenę zadbać o to, by jutro Verity prezentowała się jak najlepiej. Jeśli zaś idzie o nią - cóż, w przypadku Evelyn ciemne kręgi pod oczami nie miały najmniejszego znaczenia.

Evelyn wzięła do ręki notatnik, podniosła go jak najbliżej gazowego kinkietu i zmrużyła oczy. Przemknęło jej przez myśl, że może warto by postarać się o okulary. W rubryce opatrzonej nagłówkiem SPRAWY DO ZAŁATWIENIA dopisała: Przenieść Verity do pokoju mamy. Potem sprawdziła inne pozycje z takim skupieniem, jakby gotowała się do kolejnego starcia z dobrze znanym, irytującym przeciwnikiem, z którym walczyła i którego pokonywała setki razy.

Większość dziewcząt - a nawet dorosłych kobiet - wpadłaby w panikę na widok tasiemcowej listy spraw do załatwienia i niezbędnych obowiązków, ale młodziutkiej lady Evelyn wcale to nie odstraszało. W brzuchu znów jej zaczęło burczeć. Verity wymamrotała coś i przewróciła się na bok. Złote loczki opadły jej na pulchny, różowy policzek.

Evelyn odłożyła notatnik i odrzuciła kołdrę. Nie ma rady, trzeba zejść do kuchni i wypić szklankę mleka. To powinno uspokoić żołądek. Chwyciła pierwszy szlafrok, który nawinął się jej pod rękę - był to strojny peniuar Verity - i narzuciła go na siebie. Mimo woli spostrzegła, że jej odbicie w wielkim prostokątnym lustrze ściennym powtórzyło ten ruch. W pierwszej chwili zawahała się, potem jednak podeszła do zwierciadła z ciekawością i strachem. Ze strachem, ponieważ Evelyn Cummings Whyte niedawno uświadomiła sobie, iż jest wyjątkowo brzydka.

Z ponurą miną przyjrzała się swemu odbiciu.

Ujrzała niską, niemal dziecinną postać tonącą w powodzi koronek. Ponieważ jedyne źródło światła znajdowało się za jej plecami, rysy ginęły w mroku. Zdołała jednak dostrzec zarys chudej twarzy, otoczonej masą czarnych włosów. Cienka jak szypułka szyja mogła w każdej chwili złamać się pod ciężarem ogromnej głowy. Ciemniejsze plamy wskazywały miejsce, gdzie znajdowały się oczy, a długa czarna krecha znaczyła linię ust.

Powłóczysty, zbyt obszerny peniuar nie pozwalał ocenić figury, ale spod atłasu i koronek sterczały wąskie białe stopy. Z zaciekawieniem Evelyn podciągnęła rękawy szlafroczka i przekonała się, że jej przeguby są mniej więcej tej samej grubości, a raczej chudości, co przedramiona.

Odsłoniła dekolt.

- Istny kościotrup! - Tak się wyraziła tamta kobieta.

Przyjrzawszy się uważnie swojej klatce piersiowej, Evelyn musiała przyznać jej rację. Nawet przy słabym świetle widziała wyraźnie mostek i ostro sterczące obojczyki.

Przypomniała sobie dalszy ciąg podsłuchanej konwersacji.

- Ten dzieciak to po prostu strach na wróble! - szeptała do swej przyjaciółki tak dobrotliwa z pozoru pani Bernhardt. - Czarne kudły, a ręce i nogi jak patyki!

Evelyn nieśmiała pojęcia, że kobiety mówią o niej. Chciała się nawet odwrócić, żeby na własne oczy zobaczyć tego stracha na wróble, gdy dotarły do niej słowa rozmówczyni pani Bernhardt.

- Aż dziw bierze. Rodzone siostry, a takie różne! Verity śliczniutka, a ta mała… brrr!

Od tamtej pory tak często słyszała szeptane po kątach uwagi na temat własnej brzydoty, że musiała w końcu uwierzyć, iż to prawda. Kłopot polegał na tym, że wcale nie czuła się brzydka! A jeśli teoria Mendla na temat przekazywania cech dziedzicznych była słuszna, to ona - Evelyn -powinna być równie urocza jak jej matka i siostra!

Widocznie z ludźmi sprawa przedstawia się inaczej niż z odmianami grochu. Szkoda!

Istotnie, Francesca, matka Evelyn, była nie tylko urodziwa, ale nieziemsko piękna. I miła. I dobra. A jej ojciec Charles, syn i spadkobierca księcia Lally, zdecydowanie przystojny. Uchodził niegdyś za najlepszą partię w Anglii i przez całe lata opędzał się od ścigających go panien na wydaniu, zanim spotkał Francescę.

Ta we właściwym czasie obdarzyła męża prześliczną córeczką. Charles był nią oczarowany. Trzy lata później miał więc pewność, że następne dziecko okaże się równie zachwycające. Jednak - w odróżnieniu od różowiutkiej, słodkiej Verity - druga córka była żółta i wrzaskliwa.

Francesca nigdy nie zastanawiała się nad własną urodą, toteż nie przejęła się jej brakiem u młodszej córki. A Charles, kiedy wreszcie nauczył się kochać, odkrył w sobie tyle miłości, że starczyłoby jej dla całej ludzkości. Uroda lub jej brak… nie, w domu Whyte'ów nie myślano takimi kategoriami!

Nie znaczy to oczywiście, że Evelyn nie dostrzegła uroku Verity. Nigdy jednak nie przyszło jej do głowy porównywać się ze starszą siostrą. Ani z kimkolwiek innym. Miała o wiele ważniejsze sprawy na głowie. Tak, tak. Niemal w tym samym momencie, gdy stało się jasne, że Evelyn "nie zapowiada się na piękność", zauważono, że jest "oryginalną i utalentowaną osóbką".

Stała się ulubioną towarzyszką ojca. Jej nienasycona ciekawość dopingowała go, nieustraszona postawa była przedmiotem ojcowskiej dumy, a inteligentna, choć niezbyt urokliwa buzia chwytała wprost za serce. A poza tym młodsza córka okazała się wspaniałym kompanem!

Evelyn dbała zresztą o to, by nie stracić jego miłości. Charles był marnym organizatorem, więc stała się mistrzynią planowania. Ponieważ ani jej matka, ani starsza siostra nie miały zielonego pojęcia o gospodarności i oszczędzaniu, Evelyn uchodziła za rodzinnego eksperta w tej dziedzinie.

I tak oto - szczerze kochana przez matkę, rozpieszczana przez starszą siostrę i ubóstwiana przez ojca - Evelyn dożyła wieku piętnastu lat, nie przejmując się ani trochę mankamentami swej urody, o których lustro głośno teraz krzyczało. Nigdy jednak - w tym momencie przez twarz dziewczynki przemknął dreszcz bólu - nigdy nie przypuszczała, że jest odrażająca!

Evelyn rozejrzała się dokoła, szukając obrony przed atakującymi ją emocjami, których dotąd nie znała. Jej wzrok padł na leżącą na nocnym stoliku otwartą Biblię. Czyż nie z tej księgi pochodziła rada: "Jeśli więc twoje prawe oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć za siebie?" … No cóż, z pewnością nie zamierzała się okaleczyć, ale może by wykorzystać ten po¬mysł w wersji złagodzonej? Każe po prostu usunąć ze swego pokoju wszyst¬kie lustra, a w inne nie będzie spoglądać. Uniknie wówczas wiecznego porównywania swego wyglądu z powierzchownością innych. Nie podda się zazdrości. Nie zniży się do użalania się nad sobą. Nie wykoślawi swej osobowości!… A poza tym nie warto biadać nad czymś, na co i tak nie ma rady.

Doszedłszy do tak praktycznego wniosku, Evelyn od razu poczuła się lepiej. Wyszła z sypialni i skierowała się w stronę kuchni. Znajdowała się w połowie mrocznego korytarza, gdy usłyszała szczęk otwieranych drzwi. Zatrzymała się. Wysoki mężczyzna w wieczorowym stroju wymknął się z pokoju pani Underhill.

Widocznie pan Underhill zdołał się jednak oderwać od swych licznych obowiązków dyplomatycznych i weźmie udział w ich przyjęciu. Evelyn wstrzymała się z powitaniem do chwili, gdy szacowny gość zamknie drzwi. Odwrócił się jednak tak raptownie, że wpadł na nią, nim zdążyła wymówić choćby słówko.

- Oj!…

Silne ramiona wyciągnęły się ku Evelyn i chwyciły ją bezceremonialnie pod pachy.

- Jeśli pan się obawia, że upadnę wskutek naszego zderzenia, zapewniam, że to mi nie grozi. Może pan mnie puścić.

Ktoś wysoko nad jej głową zaczerpnął nagle tchu.

- Kim ty jesteś, u diabła?! - spytał niski męski głos.

- Jestem Evelyn Cummings Whyte. Zechce mnie pan łaskawie puścić?

- Evelyn?… - mruknął, rozluźniając nieco chwyt.

Czekała cierpliwie. Dorośli, zwłaszcza ci z najwyższych sfer, byli przeważnie tępi.

- A, ta mała siostrzyczka?

Podniosła na niego oczy.

- Tak, panie Un…

Urwała. Jej oczy przyzwyczaiły się już do ciemności. To nie mąż wyśliznął się ukradkiem z pokoju pani Underhill. To był pan Justin Powell!

Evelyn zdrętwiała, uświadomiwszy sobie, na co przypadkiem wpadła… a raczej co przypadkiem na nią wpadło. Schadzka zakochanych. Umówione spotkanie. Potajemne rendez-vous! Z trudem przełknęła ślinę.

- …panie Powell!

- Niech to diabli! Dokąd się wybierasz? - szepnął z irytacją.

- Do kuchni.

Puścił jedną z rąk Evelyn, ale mocno trzymał drugą. Odwrócił się i pociągnął dziewczynkę w stronę schodów.

Widocznie chce ze mną pomówić. To może być całkiem interesujące! - pomyślała z czarnym humorem.

Zupełnie nie odpowiadał jej wyobrażeniom o… rozpustnikach. Podczas swego pobytu tutaj znacznie częściej przesiadywał nad mapami w gabinecie ojca, niż grywał w badmintona z młodymi damami. Był dla nich oczywiście bardzo grzeczny, ale zawsze wydawał się trochę… nieobecny duchem. Niezbyt zainteresowany.

Teraz jednak nie zdradzał żadnych objawów roztargnienia. I Evelyn doskonale wiedziała czemu.

Na szczęście niełatwo było ją zaszokować. Za to biedna Verity… Verity - stwierdziła ponuro - będzie przerażona.

- Cicho! - zazgrzytał gdzieś na wyżynach głos pana Powella. Prawie biegiem ściągnął ją ze schodów i zapędził na tyły domu, gdzie jednym pchnięciem łokcia otworzył kuchenne drzwi obite zieloną bają. Wepchnął Evelyn do kuchni, sam wtargnął tam zaraz za nią i zaczął po omacku szukać palnika gazowego umieszczonego tuż obok drzwi. Po sekundzie buchnął siarkowożółty płomień i w jego ostrym blasku ukazały się orle rysy pana Powella.

Evelyn przyjrzała mu się bacznie. Uznała, że jest całkiem przystojny, aczkolwiek bardziej wymagające damy uznałyby zapewne jego zmięte ubranie i zbyt długie ciemne włosy za brak ogłady, a nie dowód godnej podziwu oryginalności. Poza tym to jego wieczne roztargnienie... Ale w tym momencie nikt by mu nie zarzucił, że buja myślami Bóg wie gdzie.

Wargi miał zaciśnięte, znikła gdzieś tak charakterystyczna dla niego, rozbrajająco nieprzytomna mina. Na twarzy malowało się najwyższe skupienie. Ponieważ do tej pory pan Powell uprzejmie, ale konsekwentnie wykręcał się od wszelkich zajęć wymagających wysiłku fizycznego, Evelyn doszła do wniosku, że jest leniwy i niewysportowany. Teraz już nie była tego pewna - wlókł ją za sobą bez najmniejszego wysiłku.

Stał tak przed nią i gapił się chwilkę, potem przejechał ręką po włosach.

- Jak u licha… A niech mnie diabli porwą!

- Całkiem możliwe - zgodziła się Evelyn.

Spojrzał na nią wyraźnie zaskoczony.

- O, więc pańska uwaga miała charakter retoryczny, a nie proroczy? -zauważyła kąśliwie.

Po jego pociągłej twarzy przemknął wyraz rozbawienia.

- Jawna bezczelność - stwierdził.

- Raczej bezbożność - odparowała.

- Do diaska! Jesteś całkiem wygadana jak na swoje… ile tam…? Dwanaście lat!

- Piętnaście - oświadczyła z godnością.

Czuła, że oblewa się piekącym rumieńcem. Wiedziała, że nie wygląda na swoje łata. A teraz musiała prezentować się zgoła groteskowo w cza¬rująco kobiecym peniuarze siostry, spod którego wystawały patykowate nogi, przemarznięte od zetknięcia z kamienną podłogą. Uniosła jedną bosą stopę i oparła ją o drugą.

Zauważył ten mimowolny ruch i westchnął niecierpliwie. Nim Evelyn zorientowała się, o co chodzi, chwycił ją w pasie i posadził na brzegu wielkiego kuchennego stołu.

- Po co się wybrałaś do kuchni?

- Po mleko.

Jakby był u siebie w domu, otworzył skrzynkę z lodem i wyjął prze¬chowywany w niej dzbanek. Potem zaczął myszkować po szafach w po¬szukiwaniu kubka. Napełnił go mlekiem i wetknął Evelyn do rąk. Przez minutę popijała grzecznie, a on pilnował jej niczym czujna niańka. Po¬tem wtargnął do spiżarni.

Poszperał w niej i wrócił z bochenkiem chleba i kawałkiem indyczej piersi, która pozostała z wczorajszej kolacji. Odciął dwie wielkie pajdy i przełożył je zimnym mięsem.

- Masz - powiedział, wręczając Evelyn gigantyczną kanapkę.

- Nie, bardzo dziękuję - odparła z godnością, choć nie przychodzi to łatwo osobie, której bose nogi dyndają trzydzieści cali nad podłogą.

- Nie marudź, tylko jedz! - nalegał. - Wyjdzie ci to na zdrowie.

Już miała zaprotestować, ale dostrzegła, że jej rozmówca skrzyżował ręce na piersi, co - jak zdążyła zaobserwować - było u mężczyzn oznaką determinacji. Wzruszyła więc ramionami, wzięła podsuwaną jej kanapkę i ugryzła spory kęs. Uporawszy się z kanapką, podniosła znów wzrok na pana Powella.

- I co dalej?

- O to właśnie chodzi! - odparł. - Teraz sobie pogadamy, młoda damo, o tym, coś widziała…

Urwał nagle, zmarszczył brwi i ni stąd, ni zowąd przejechał wskazującym palcem po jej górnej wardze. Na widok oburzonej miny Evelyn uśmiechnął się.

- Wąsy z mleka. Jesteś pewna, że masz już piętnaście lat?

Znów się zaczerwieniła. Nie pozwoli, by wprawił ją w zakłopotanie zwykły rozpustnik! A choćby i niezwykły!

- Całkowicie. O czym to pan mówił?

- Niech mnie diabli, jeśli wiem!

Przekrzywił głowę na bok.

- Czemu pan mi się tak przygląda? - spytała.

- Usiłuję odgadnąć, ileś zobaczyła, co podejrzewasz i jak mam cię skłonić do zachowania dyskrecji, czyli mówiąc prościej, do trzymania buzi na kłódkę na temat moich poczynań dzisiejszej nocy - odpowiedział z zaskakującą szczerością.

- To zależy od tego, jak dobrze będzie pan kłamał przez następne pięć minut - odwzajemniła mu się równą otwartością.

Wybuchnął śmiechem - głębokim, szczerym i bardzo zaraźliwym. Omal mu nie zawtórowała, ale w porę uprzytomniła sobie, że z pewnością wszyscy uwodziciele mają równie dźwięczny i zniewalający śmiech.

- Naprawdę masz piętnaście lat? A może pięćdziesiąt? - spytał z rozbawieniem.

Co za niezwykły kolor oczu! Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć…? Jasne, błękitnozielone, niczym szmaragd albo nefryt o subtelnym odcieniu. W dodatku błyszczą w nich miedziane iskierki - jak na powierzchni konika z dynastii Ming, jednego ze skarbów w gabinecie ojca…

- No więc, lady Evelyn, jak będzie z nami?

Mruknęła coś, nie mogąc oderwać wzroku od tych fascynujących oczu.

- Wiesz, kim jestem?

Pytanie było tak absurdalne, że przełamało jej chwilowe urzeczenie.

- Oczywiście! Nazywa się pan Justin Powell i do niedawna był pan młodszym oficerem w armii Jej Królewskiej Mości... Proszę wybaczyć, ale nie pamiętam szarży. Pański ojciec to Marcus Powell, wicehrabia Sumner, były pułkownik armii królewskiej. Właściciel zakładów tkackich w hrabstwie Hampshire i główny udziałowiec kopalni węgla w północnej Kanadzie. Jest pan jego jedynym synem i spadkobiercą. Pański dziadek ze strony matki, generał brygady John Harden, walczył w Afryce Południowej pod wodzą Wolseleya. Garnet Joseph Wolseley (1833-1913), brytyjski marszałek polny. Najsłynniejsze kampanie w Ashanti (Ghana) i w Egipcie. Jako wódz naczelny rozpoczął modernizację armii brytyjskiej w latach 1895-1900. Garnet Joseph obecnie w stanie spoczynku; większość czasu spędza w swej londyńskiej rezydencji, ale jest również właścicielem posiadłości wiejskiej North Cross Abbey, wzniesionej w połowie XVI wieku na ruinach dawnego opactwa.

Skończywszy wyliczanie tych informacji, Evelyn złożyła ręce i czekała na reakcję swego rozmówcy. Gapił się na nią, wyraźnie zaskoczony.

- Boże święty! Nauczyłaś się tego na pamięć?!

- Nie szczędziłam trudu, by jakiś niepożądany osobnik nie wkradł się przez pomyłkę na przyjęcie Verity.

Udał, że nie dostrzega jej wymownego spojrzenia.

- Ty nie szczędziłaś trudu?!

- Owszem. To ja sporządziłam listę gości.

- Żartujesz!

- Bynajmniej. Widzi pan… ojciec patrzy krzywym okiem na każdego, kto zabiega o względy Verity. Gdyby to on decydował, kogo zaprosić, na liście nie znalazłoby się nazwisko żadnego kawalera. Z mamą jest wręcz odwrotnie, jakaż ona łatwowierna! - Evelyn poruszyła się niespokojnie pod sceptycznym spojrzeniem rozmówcy i dodała, jakby się usprawiedliwiając: - Verity pomagała mi w przygotowaniu listy.

- Jak to ładnie z twojej strony, że zasięgnęłaś jej opinii!

- No, cóż… - przyznała Evelyn. - W końcu chodzi o jej przyszłego męża. Wzmianka o mężach sprawiła, że przypomniał się jej pan Underhill.

Zmrużyła oczy i spojrzała ostro na Justina Powella. Stał w swobodnej pozie, oparty o ścianę.

- Pan, oczywiście, wypadł z gry.

- Co…? Ach, tak. - Skinął posępnie głową. - Oczywiście.

Wbrew woli poczuła do niego trochę szacunku. Potrafił pogodzić się z przegraną! Ponieważ nic już nie pozostało do omówienia, chciała zsunąć się ze stołu. Pospiesznie udaremnił ten zamiar.

- Najbardziej mnie zdumiewa, że wśród tych wszystkich danych, które zdobyłaś na mój temat, zabrakło jednej, najistotniejszej informacji.

- Doprawdy?

- Stwierdzenia, kim naprawdę jestem.

Zmierzyła go nieprzychylnym wzrokiem.

- To również wiem. Niestety.

Skamieniał.

- Doprawdy?

- O tak - odparła surowo. - Jest pan… pożeraczem serc, jak to określają przyjaciółki Verity.

Zamrugał powiekami. Wyprostował się. Znowu zamrugał. I wybuchnął radosnym śmiechem.

- Nie o to mi chodziło!

- Wobec tego o co? - spytała urażona tym, że jej surową krytykę zbył wybuchem śmiechu.

- Jestem oczywiście synem, wnukiem i eksoficerem, o czym wspomniałaś, ale też sobą, bardzo bogatym i liczącym się w towarzystwie Justinem Powellem!

Liczącym się w towarzystwie? Nie słyszała o żadnych wybitnych koneksjach ani użytecznych znajomościach, ale być może istniały dziedziny życia Powella, do których nie zdołała dotrzeć. Przyglądała mu się z powątpiewaniem.

- Daję słowo! - Nie raczyła odpowiedzieć. Gwałtownym gestem wyrzucił obie ręce w górę. - Niewiarygodne! Sterczę w kuchni o drugiej nad ranem i usiłuję przekonać nieopierzoną smarkulę o moim znaczeniu! - mruknął z irytacją. - Zrozum, do licha, moja panno, mam nie byle jakich przyjaciół. Ważne osobistości jędzami z ręki!

O Boże! - pomyślała Evelyn. To zaczyna być żałosne.

- Cholera jasna, przechwalam się jak uczniak! - Widocznie czytał w jej myślach. I nagle odezwało się w nim poczucie humoru. Uśmiechnął się od ucha do ucha. - Możesz potem spytać, kogo chcesz, moja chudziutka sówko! Ale w tej chwili zastanów się nad jednym, czy nie warto mieć bogatego i wpływowego dłużnika?

Zmierzyła go badawczym wzrokiem.

- Co pan ma na myśli?

- To, że postanowiłem ci zawierzyć. Wyglądasz na zrównoważoną dziewuszkę. Taką, co zrozumie od razu, że z głupiego paplania o nocnych wizytach nie wyniknie nic dobrego, a co gorsza, może się to źle skończyć.

- Jestem tego pewna - przytaknęła Evelyn.

Pogroził jej palcem, jakby była krnąbrnym dzieckiem.

- Takie plotki nie tylko zniszczą reputację pani Underhill, ale rzucą towarzyski cień na debiut lady Verity. Natomiast trzymając język za zębami, przysłużysz się i tym damom, i mnie. Może uważasz, że powinienem zostać ukarany? Ale przecież i tak już mnie unieszkodliwiłaś, rezygnuję raz na zawsze z ręki twojej siostry, więc nie stanowię żadnego zagrożenia dla waszej rodziny. Mam rację?

Miał rację. Ale…

- Chyba nie zaliczasz się do tych obrzydliwych stworzeń, które żerują na brudnych plotkach? - spytał podstępnie.

- Nie! - skrzeknęła z oburzeniem. Nienawidziła plotkarzy.

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • srebro19.xlx.pl